Księga gości
Wpisz się
Zobacz

Kaczogród

Rozdział 1.
Rozdział 2.
Rozdział 3.
Rozdział 4.
Rozdział 5.
Rozdział 6.
Rozdział 7.

Linki

Imię, Krew, Przysięga
Dwanaście światów Mirveki

Piekielni
Najlepsze opowiadanie mojej młodszej siostry - zapraszam!

Aker
W labiryncie życia...

Poczochrane oceny
Czas poddać się krytyce...

Piórem i Pazurem
Opowiadania Zebrane niejakiej Traquair

Sny Lilith
We śnie bogini...

Niezapominajka Lily
Sen o dolinie...





godz: 01:26 data: 2011.02.21
...

Wszędzie to samo... Zabijcie mnie...

Komentuj(0)


godz: 12:57 data: 2010.08.18
Zagadka - etap 6

Witaj, dziewczyno o oczach ze stali, na twym obliczu wymalowana jest nieulękła wola walki. Nazywam się Kamil Drogowski, doktor Kamil Drogowski - jeżeli tak piękna istota jak ty, dziewczę, zechce zwracać się do mnie "panie Kamilu" będę dozgonnie wdzięczny. Wiem, o czym myślisz, podróżniczko, ale to nie ja będę ćwiczył twój język, by nauczyć cię właściwej wymowy zaklęcia. Zrobi to moja wielka przyjaciółka, kobieta o niezrównanej dobroci serca i jeszcze potężnieszym uporze, pani Zosieńka. Idź prosto korytarzem, potem po schodach dwa piętra do góry i wejdź w pierwsze drzwi po lewej:

Komentuj(1)


godz: 21:22 data: 2010.07.9
...

Tak, tak, wiem...

Komentuj(0)


godz: 19:36 data: 2009.12.22
Rozdział 7.

Doktor Kamil Drogowski uśmiechnął się na widok wchodzącej do szpitalnej restauracji nauczycielki.
- Hop, hop, pani Oleńko! - zawołał, machając do niej wielką łapą - Czy zechce pani przysiąść się do naszego stolika?
Odpowiedziała mu skinieniem głowy i ominęła dwóch młodych lekarzy o posturach baobabów, by zająć ostatnie miejsce przy trzyosobowym stoliku, zajmowanym przez doktora i jego asystentkę, która ostentacyjnie odetchnęła z ulgą.
- Różyczka jest niepocieszona, ponieważ właśnie zechciała pani zająć miejsce jej ulubionego pacjenta, który w międzyczasie nabrał już milutkiego zwyczaju traktowania mnie jak powietrza - zachichotał lekarz.
- Ostatnio rozkręca się, jeżeli chodzi o tak wyszukane komplementy jak: "Lubię duże bagażniki" - skrzywiła się dziewczyna.
- Bożesz ty mój, sześćdziesiątka na karku, a w niektórych sprawach jest całkowicie zieloniutki!
- Może powinien wziąć kilka lekcji u pana - podsunęła pani Ola - Chociaż pana styl jest chyba jedyny i niepowtarzalny...
- Nie mogłoby być inaczej! Przecież został do mnie dopasowany przez najprawdziwszego anioła - wyjaśnił lekarz, robiąc tajemniczą minę. Obie kobiety spojrzały na niego, zaciekawione.
- Ależ wy macie oczęta, niczym najprawdziwsze lasery! Czuję się, jakbym był prześwietlany, a biorąc pod uwagę moje wyświechtane sumienie i fakt, że wewnątrz jestem zbudowany zupełnie tak samo jak wszyscy ludzie, czuję się zawstydzony pokazywaniem pięknym kobietom takiej szpetoty! - Małe oczka doktora zwęziły się w uśmiechu.
- Myli się pan, pana serce jest piękne - odpowiedziała Ola. Lekarz spoważniał.
- Powtórzę pani to, co już mówiłem mojej asystentce i niech pani weźmie pod uwagę, że Róża jest tak dzielna, iż się nie wycofała, chociaż rozumiała bardzo dobrze, co mam na myśli. W tym zawodzie nie ma ludzi z czystym sumieniem. Każdy kiedyś kogoś zabił, albo raczej - nie zdołał uratować, co na jedno wychodzi, zwłaszcza dla tych, którzy zostają. Uważają, że medycyna wszystko może, tylko lekarze coś sknocili.
- Łatwo tak myśleć. Już nawet rak przestał być taki groźny.
- Każdy wiek ma swoją chorobę. Od dwunastu lat mamy nowe stulecie i jeszcze nie wiadomo dokładnie, co to będzie, jestem jednakowoż głęboko przekonany, że choroba dwudziestego drugiego wieku pokaże swoje pazurki. Dotąd stawiałem na nieleczoną grypę. Ludzie biorą leki na przeziębienie, zawierające związki pobudzające i myślą, że choroba ich nie zatrzyma.
- Tak, a potem przychodzą do nas z zapaleniem płuc albo z innymi ciekawymi powikłaniami i za nic nie rozumieją, skąd się to wzięło - dodała Róża. - Jak mnie złapie grypa, to biorę urlop i przez trzy tygodnie kuruję się w domu.
- Zaraz, zaraz, kiedy ty, nadobna Różo, ostatni raz miałaś trzytygodniowy urlop?
- Trzy i pół roku temu, zaraz jak zaczęłam tu pracować - wyjaśniła dziewczyna. - Na co dzień jestem zdrowa.
- Uff! A więc moja skleroza nie posunęła się jeszcze aż tak daleko. Na samym początku pracowałaś z jego łaskawością doktorem Zwolińskim i dlatego nie pamiętam tych smutnych dni. Coś mu tam nie pasowało chyba...?
- Tak, wyrzucił mnie z praktyki właśnie po tym trzytygodniowym zwolnieniu, bo stwierdził, że potrzebuje asystentki w szpitalu, a nie na urlopie.
- To musiało być przeznaczenie, moja najlepsza asystentko. Daję słowo honoru, że jak skończy się ten gorący okres, to dostaniesz wolne. To niedopuszczalne, żeby marnowało się tyle urlopów!
Wszyscy troje roześmiali się, a potem pani Ola spoważniała i spytała, zniżając głos:
- Słyszeli państwo, że Niemcy grożą wysłaniem tu swoich wojsk?
- Wszyscy o tym słyszeli, pani Oleńko. Niezmiernie się cieszymy, że nas uprzedzili... Chcą zmusić nasz rząd do bardziej zdecydowanej reakcji. Nic dziwnego zresztą - nie w smak im te przedłużające się bombardowania, bo jak tak dalej pójdzie, to będą musieli nasz Kaczogród zbudować od zera i jeszcze odgruzować za darmo.
- Nasi nie oddadzą miasta, prawda? Nie każą nam przecież stąd wyjechać!
- Oczywiście, że nie - parsknęła Róża. - Od dwustu lat te tereny należą do Polski i oni nie mają do nich żadnych praw.
- Powiedzmy sobie szczerze, moje panie: ich nie obchodzą żadne prawa, oni chcą tylko móc korzystać z bogactw tego regionu. Jest w tym też trochę winy naszego rządu. Gdyby nie prowokowali szalonego kanclerza ustawami ograniczającymi prawa obcokrajowców, nie mielibyśmy teraz wojny - oświadczył doktor Drogowski. - Europa to Europa, jedna trzecia ludności Londynu mówi po Polsku i zrozumiałe jest, że tak samo obcokrajowcy muszą napływać do nas. Tak naprawdę już dawno powinniśmy byli pogodzić się z tym, że Unia Europejska to jedno państwo. Tylko że tak trudno zapomnieć o tej naszej historii... Sami ją zmuszamy do zataczania kół.
- Wolałabym, żeby przyjeżdżali i załatwiali te swoje interesy i żeby to wszystko nigdy się nie zdarzyło! - prawie krzyknęła pani Ola. Lekarz poklepał ją uspokajająco po dłoni.
- Wszyscy byśmy chcieli, żeby nigdy do tego nie doszło, bo to świństwo było nieludzkie. Ale już się stało i nic na to nie poradzimy. Nie wolno się obwiniać, pani Oleńko, mówię to pani jako doświadczony lekarz, który niestety ma na sumieniu kilku takich, których nie zdołał uratować.
- To była taka zdolna klasa, wszystkie dzieci... Były wyjątkowe... - Głos pani Oli przeszedł w łkanie. - Taka byłam z nich dumna... Moja pierwsza klasa po dyplomie... Tacy kochani, zawsze się starali, żeby wszystko było w porządku...
Doktor Drogowski wstał i przytulił płaczącą pacjentkę, nie przejmując się ciekawskimi spojrzeniami co mniej wrażliwych współbiesiadników. Róża bez słowa wzięła ją za rękę.
- Oni nie chcieli, żeby pani się tak martwiła. Pani Oleńko, zmarli nie odczuwają bólu i nie chcą, żeby ktoś inny cierpiał z ich powodu. Nauczył mnie tego najprawdziwszy anioł, ten sam, który nauczył mnie rozmawiać z pacjentami. No proszę, już widzę, że pani jest zainteresowana. Opowiem wam, co mi się kiedyś przytrafiło, oczywiście jeżeli zgodzicie się wysłuchać historii starego gaduły...

Młody lekarz pochylił się nad kruchą staruszką, badając ją ze zmartwioną miną. Wyglądał na tak przygnębionego, że kobieta postanowiła go pocieszyć.
- Pan się tak nie martwi, doktorze! Pan jesteś młody człowiek, to myślisz, że jak ci pacjent umrze, to się świat zawali.
- Zrobię co w mojej mocy, żeby pani nie umarła - zapewnił ją lekarz sztywno.
- Panie, pan się martw o młodych ludzi, nie o taką starą babę, kiedyś przecież musicie mi dać odejść. I dam panu dobrą radę: niech pan coś zrobi ze swoją twarzą.
- Słucham?
- I z językiem. Pan jak spojrzysz i usta otworzysz, to nawet zdrowy pomyśli, że mu czas na drugą stronę! Zarażasz pan innych swoim zmartwieniem. I po co to? Lekarz nie od tego jest. Jak pan wiesz, że pacjentowi koniec, to trza z nim pożartować, poweselić go, żeby chociaż trochę miał lżej.
- Łatwo pani mówić. - Lekarz dał się wciągnąć w rozmowę. - Ja bym chciał, żeby wszyscy byli zdrowi.
- Głupoty pan gadasz. Żeby wszyscy byli zdrowi, to byś pan z głodu zdechł!
- Po to studiowałem, żeby pomagać ludziom. A teraz boję się, że za mało mogę zrobić.
-Widzisz pan. Żeby ludzie nie chorowali, to byś musiał zostać sprzątaczką. Ludzkie cierpienie pozwala panu zaspokoić własną potrzebę bycia dla kogoś ratunkiem.
- Boże, nie myślałem, że taki ze mnie egoista!
Staruszka zachichotała cicho z satysfakcją.
- Khe, khe! Pewnie, że tak! Nie ma w tym zresztą nic złego, skoro działasz z pożytkiem dla wszystkich. Ale jak chcesz pan naprawdę pomagać, przemyśl moje uwagi. Więcej uśmiechu dla pacjentów, choćby to było nie wiadomo jak trudne. I może powinieneś pan pomyśleć o jakimś charakterystycznym sposobie mówienia? Takie rzeczy, wbrew pozorom, da się wyćwiczyć, a przydałoby się panu coś jeszcze, poza tą rudą czupryną.
- To może pomoże mi pani coś wybrać? - spytał rozbawiony lekarz.
- Jesteśmy umówieni po obchodzie. Tylko nie zapomnij pan!

Gdyby tego popołudnia ktoś zajrzał do sali, pomyślałby pewnie, że doktor Drogowski jest co najmniej dziwny. Możliwe, że ten ktoś oskarżyłby go o libacje alkoholowe z pacjentką.
- To było dobre, panie Kamilu, to było dobre! - chichotała staruszka. - Wcale nie jesteś pan takie sztywne wapno, za jakie próbowałeś uchodzić!
- Baczność, pani Zosiu! Styl wojskowy nie pozwala mi rozwinąć skrzydeł, zarządzam dalsze poszukiwania!
- Rozkaz! - zasalutowała pani Zosia i znów zaczęła intensywnie myśleć.
Ostatecznie wybrali styl poniekąd barokowy, pełen komplementów i rozbudowanych porównań.
- Jak się czujemy, królowo o poczuciu humoru lekkim niczym obłok i umyśle bardziej lotnym niż najśmiglejszy sokół? - ćwiczył lekarz.
- Znakomicie, mój rudowłosy wikingu. Powinieneś pan zapuścić jeszcze brodę, panie Kamilu, przyda się, jak już pan wyłysiejesz! Ale kto by pomyślał, że z pana wyjdzie taki wygadany podrywacz!
- Wszystko to dzięki pani, istoto tak cierpliwa, że aniołowie nie wytrzymują konkurencji!...


Róża i pani Ola wybuchnęły śmiechem, bo doktor znakomicie potrafił opowiadać. On sam zawtórował im tubalnie, rad z odniesionego sukcesu.
- Widzę, że wiernie trzyma się pan rad pani Zosi!
- Robię, co w mojej mocy, istoto o oczach zieleńszych niż trawa na wiosnę. I chyba trochę weszło mi to w krew...
- Co się z nią stało?
Doktor westchnął ciężko.
- Oczywiście postawiła na swoim i dwa miesiące później umarła. Była pierwszym pacjentem, którego nie zdołałem wyleczyć, ale też miała już swoje lata. Wiele mnie nauczyła w tym czasie. To było najjaśniejsze odchodzenie, jakie widziałem i chociaż zadała mi cios w samo serce, to jednak zaaplikowała wcześniej dużą dawkę leku przeciwbólowego. Wiem, że ona jest gdzieś tam, gdzie wszyscy się spotkamy, a jej wesoły chichot rozpogadza oblicze zmęczonego Boga. Znała się na ludziach, bo już wtedy powiedziała...

- Pan musisz zrozumieć, że my się jeszcze kiedyś wszyscy spotkamy, panie Kamilu. Nieważne czy na tym świecie, czy na lepszym. Jeżeli się pan z tym nie pogodzisz, będziesz zawsze cierpiał. Robisz pan, co możesz, panie Kamilu, ale nigdy nie przestaniesz się przyzwyczajać do swoich pacjentów. Tylko wiesz pan co? Przyjdzie taki czas, że przestaniesz pan tego nawet żałować. Przyzwyczaisz się pan do przyzwyczajania, panie Kamilu! - staruszka zachichotała po swojemu.

- No i miała rację, moje panie, jak nie wiem. Zresztą piękna Róża już mi to kiedyś mówiła... Ciekawa sprawa, że zupełnie nie pamiętam, jak ona wyglądała. Mam tylko w wyobraźni jasne, błękitne oczy. Nie wiem, czy ona takie miała, możliwe, że zupełnie inne. Jednak zawsze, kiedy o niej myślę, widzę ten głęboki błękit oczu. Czasem... Może wyda wam się to śmieszne, ale czasem myślę, że w jej oczach widziałem niebo nad tym drugim, lepszym światem.

Komentuj(8)


godz: 18:44 data: 2009.10.18
Straszą mnie...

Dodam, jak będę miała kiedy... Ale nie zamierzam porzucać!!!

Komentuj(0)


godz: 13:45 data: 2009.03.26
Rozdział 6.

Paweł Taborycki wiedział, że popełnia niedyskrecję, ale nie mógł się oprzeć i zbadał zawartość bloku komputerowego. Sumienie uciszył tłumaczeniem, że może dzięki temu trafi na trop właściciela. Obrazki nie wiele się od siebie różniły, wszystkie ukazywały twarz kilkunastoletniej dziewczyny o szarych oczach i włosach. Autor pozostał bezimienny.

Dzwonek, donośny i energiczny jak wszystkie dźwięki u Kalemiaszów, oderwał Annę od pilnowania podgrzewanego mleka - garnek z samowyłączającym czujnikiem gdzieś się zapodział.
- Tak? - spytała, widząc stojącego w drzwiach młodego człowieka, zupełnie jej nie znanego, z opadającymi na kark, matowymi włosami w kolorze jasnego brązu.
- Nie wypadł ci wczoraj blok komputerowy? - spytał gość, wyciągając przed siebie czarny prostokąt. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
- Nie, nie wypadł mi. Sama go wyrzuciłam - oświadczyła tonem sugerującym, że odnosząc go, chłopak popełnił duży nietakt.
- Nie żartuj! Mogłaś mnie zabić! - oburzył się.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś tam będzie stał. Coś jeszcze? - spytała oschle, z nadzieją, że intruz wreszcie sobie pójdzie. Ale najwyraźniej rozbudziła tylko jego ciekawość.
- Po co to zrobiłaś? - spytał, a ona nagle poczuła, że dobrze by było komuś o tym powiedzieć - komuś takiemu właśnie, kto nie ma z tym nic wspólnego.
- Powiedzmy, że chciałam zostawić coś za sobą.
- Oglądałem rysunki. Chodzi o tę dziewczynę?
- Tak. Jej... już nie ma. - Nie było łatwo wypowiedzieć te słowa. Nagle się zniecierpliwiła. - Robisz się niedyskretny i natrętny.
- Wybacz, nie wiedziałem... Bombardowanie? - chłopak zignorował wyraźną sugestię.
- Była w szkole. Mi się wtedy nie chciało. Możesz już iść? - spytała bezceremonialnie.
- Weź blok. Jak chcesz, to go schowaj, ale nie wyrzucaj. Za parę lat będziesz chciała sobie przypomnieć, jak wyglądała jej twarz. To nie twoja wina.
- A czy ja mówię, że moja?! - Anna zasyczała jak dzika kotka.
- Gdybyś tak nie uważała, to nie rzucałabyś czymś takim w niewinnych ludzi.
- Mądrala. Co ty możesz... O, w mordę! - krzyknęła nagle i nie dbając już dłużej o upartego gościa, pobiegła do kuchni. Mleko oczywiście wykipiało i zalało całą kuchenkę, a teraz malowniczo skapywało na podłogę. Anna pozwoliła sobie na bardzo brzydkie wyrażenie i zabrała się za sprzątanie. Dopiero wieczorem, otwierając drzwi mamie, zauważyła blok komputerowy, leżący na komodzie. Do ekranu przyczepiona była karteczka samoprzylepna z napisem "pamiętaj".

Róża z wahaniem podeszła do drzwi sali, w której leżała młoda nauczycielka. Podobno rano doktor Drogowski nie wytrzymał dociekliwych pytań i opowiedział jej o wszystkim. Asystentka zastanawiała się teraz, czy kobieta pamięta jej zapewnienie, że wszystko w porządku i czy ma do niej o to żal. Najchętniej nie pokazywałaby się tam w ogóle, ale musiała zanieść leki. A Róża Majchrzak nie miała w zwyczaju uchylać się przed swoimi obowiązkami.
Pani Ola nie spała, ale początkowo zdawała się nie zauważać obecności asystentki. Dopiero kiedy ta wychodziła, zawołała cicho:
- Proszę pani!
- Tak?
- Czy... Proszę mi powiedzieć, kto z mojej klasy... Kto przeżył?
Róża cofnęła się od drzwi i przysiadła na brzegu łóżka.
- Trzy osoby. Mam nadzieję, że nic nie pokręciłam... Anna Kalemiasz, Piotr Górczak i Dagmara Górnicka.
- No tak... Nie było ich wtedy w szkole - przypomniała sobie nauczycielka. - Nic im nie jest?
- Nie, wszystko z nimi w porządku. Dagmara przychodziła pytać o panią. Ale myślę... - Asystentka poczuła przypływ natchnienia - Myślę, że potrzebują pani pomocy, żeby sobie z tym wszystkim poradzić. W końcu tam zginęli ich przyjaciele, a pani znała tę klasę, wiedziała najlepiej, jakie tam panowały stosunki. Pani pomoc pewnie dałaby więcej niż najlepszy psycholog.
- Tak pani myśli?
- Jestem pewna. I - ta sprawa nie dawała Róży spokoju - ja wtedy wiedziałam dobrze, co się stało, tylko wydawało mi się, że będzie lepiej...
- Przecież wiem. Doktor Drogowski powiedział mi o wszystkim, o pani też... Pewnie po to, żeby zająć czymś moje myśli... Dziękuję pani. Tak w ogóle - mam na imię Ola.
- A ja Róża - uśmiechnęła się dziewczyna, podając nauczycielce rękę. - Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

Wzdłuż nadbałtyckiej plaży szło dwoje ludzi: wysoki, czarnoubrany mężczyzna i mała dziewczynka. Niebo pokrywały ołowianoszare chmury, morze mruczało groźnie, zalewając plażę krótką, gwałtowną falą. Bosa dziewczynka ścigała się z morskimi bałwanami i raz po raz, piszcząc, wpadała w wodę. Mężczyzna uważnie śledził jej poczynania, aż w pewnym momencie zawołał:
- Lawi, wyjdź z wody!
- Ale dlaczego...
- Wychodź, ale już!
Mała niechętnie do niego podeszła. Opiekun wziął ją na ręce i oddalił się od brzegu.
- Ani, dlaczego musiałam wyjść?... Tam było piórko, takie duże i białe, jakiego to ptaszka?
- Łabędzia pewnie, albo mewy. Pokażę ci. - Łabędzia? Braciszki Elzy zmieniały się w łabędzie! W tej bajce, którą mi opowiadałeś...
- Nie mówi się braciszki.
- Nie?... A jak?
- Bracia.
- A siostrzyczki się mówi?
- Tak.
- To dlaczego można mówić siostrzyczki, a nie można braciszki? - dociekała Lawi.
- Bo chłopcy nie lubią zdrobnień.
- A ty lubisz?
- Nie przeszkadzają mi.
- To dobrze! Bo masz strasznie trudne imię, wiesz? Anan... Annia... Oj! Zapomniałam! - wyznała. Mężczyzna uśmiechnął się.
- Ananiasz. No, powtórz: A - na - niasz.
Przez chwilę bawili się w powtarzanie, po czym Ananiasz zwrócił uwagę dziewczynki na coś innego.
- Popatrz w dół, Lawi. Widzisz?
- Ojej, ale stromo!
- Właśnie. Gdybyś została w wodzie, to nagle zrobiłoby się bardzo głęboko i mogłabyś się utopić.
- Umiem już pływać!
- Jasne, jasne. Pod warunkiem, że ja cię trzymam. - Zmienił sposób niesienia i mała skrzywiła się. Spojrzał na nią zaniepokojony, wąsko zaciskając wargi. Oczy, pod osłoną ciemnych okularów, zalśniły świeżym gniewem.
- Boli cię? - spytał.
- Troszeczkę. O, jak zrobię tak, to już nie! - odkryła dziewczynka. Ananiasz przytulił ją mocniej.
- Nie bój się - wyszeptał. - Już nikt nie będzie cię bił. Nie pozwolę na to.

W parku imienia Jana Pawła II sporo drzew ucierpiało od bomb, ale w dalszym ciągu było gdzie się schować przed deszczem. Dlatego też tam właśnie skierowali swoje kroki Janek i Lena po opuszczeniu budynku uniwersytetu. Oczywiście mogliby też zostać gdzieś pod dachem, ale chcieli się pozbyć tabunów niby obojętnych ludzi. Przez jakiś czas spacerowali, po czym rozmowa zaszła na najbardziej aktualny temat - ostrzał niemiecki.
- Dlaczego oni nic nie robią? - złościła się Lena. - Mają przecież wojsko, mają broń. Powinni w odpowiedzi ostrzelać jakieś niemieckie miasto. Tamci zaraz by się uspokoili. Przestałoby im się wydawać, że są bezkarni.Tymczasem nasz rząd siedzi sobie w bezpiecznej Warszawie i ani myśli zrobić użytku z wojska.
- Boją się, Lenuś, boją się prawdziwej wojny, takiej, w której przestaje się zwracać uwagę na takie szczegóły, jak prawa człowieka czy układy międzynarodawe.
- Też się tego boję, ale te ich pertraktacje do niczego nie prowadzą. A ja mam już dosyć tej wojny! Nawet idąc z tobą przez park, zastanawiam się ciągle, jak daleko jesteśmy od uniwersyteckiego schronu. Tylko tam czuję się naprawdę bezpieczna. Boję się schodzić do piwnicy, bo przypomina mi się ta podstawówka i mój brat. To głupie!
- Dla mnie najgorsze jest, że nie mam wpływu na to wszystko. Gdybym mógł sam zadecydować, co robię, gdyby chociaż ogłosili pobór do wojska...
- Nie! Ja nie chcę. Wiesz, jak bym się o ciebie bała?
- Taki powinien być mój obowiązek. Wtedy mógłbym cię chronić. Ale na razie odsyłają wszystkich z kwitkiem, wierzą, że nie będziemy potrzebni.
- No jasne, mógłbyś mnie chronić! A nie pomyślałeś, jak ja bym się o ciebie martwiła? Takie bohaterstwo to jest zwykły egoizm! - krzyknęła nieoczekiwanie dziewczyna.
- To ciekawe, bo przed chwilą TY twierdziłaś, że rząd powinien zrobić użytek z armii! - zdenerwował się Janek. - Wyobraź sobie, że wtedy ktoś inny ryzykowałby za nas życiem!
- No właśnie! Zawodowi żołnierze.
- Którzy też mają żony i dzieci.
- Ale to co innego!
- Pewnie, bo to jest twój egoizm! Co innego, jak się broni własnej rodziny, a co innego, jak ktoś ginie, chociaż jego rodzina jest bezpieczna. Jasne, że wygodnie jest chować się za plecami obcych ludzi! Po co ty w ogóle chodzisz na ten uniwersytet, skoro niczego się nie nauczyłaś?
- Tak się składa, że nie prawd życiowych się miałam na nim uczyć!
- Szkoda, bo przydałoby ci się trochę! - Janek odwrócił się gniewnie i szybko odszedł. Lena spojrzała za nim, otworzyła usta, po czym zamknęła je z powrotem. Wzruszyła ramionami i skierowała się w stronę domu. Starała się wmówić w siebie, że to wszystko jego wina, że on zaczął, że nie ma racji. Mimo tego stopniowo narastała w niej pewność, że wszystko popsuła. Niepotrzebnie zaczynała rozmowę na ten głupi temat!
Park opustoszał, tylko deszcz szeleścił liśćmi drzew. W powietrzu pachniało beznadzieją.

Komentuj(3)


godz: 16:18 data: 2009.02.26
Rozdział 5.

Buczały syreny alarmowe, ludzie szybko zbiegali do piwnic, w nadziei, że znajdą tam schronienie. Dagmara, Janek i ich rodzice także tam byli i przysłuchiwali się gorączkowej krzątaninie tych, którzy do bombardowań jeszcze nie przywykli.
- Coś nie świeci się u Kalemiaszów - zauważył ojciec. - Nie ma ich, czy co?
- Kalemiasz pojechał po bliźniaki, zainstaluje je u rodziny niedaleko Warszawy - wyjaśniła mama, mając na myśli Józka i Ignacego, młodszych braci Anny. Byli oni na Zielonej Szkole, a teraz dla ich bezpieczeństwa lepiej było, żeby nie wracali do domu. - Violetka pewnie w pracy, nie wiem tylko, co z Anną. Ostatnio dawno jej nie widziałam, chyba całe dnie spędza w domu. Dagmara, to twoja przyjaciółka, nie wiesz, co się z nią dzieje?
Dagmara niechętnie podniosła wzrok i pokręciła głową. Nie wiedziała, nie spotkała się z Anną od tego feralnego dnia, kiedy rozstały się przy gruzach szkoły. Nie wiedziała, czy chciałaby ją jeszcze zobaczyć. Sama ciężko przeżyła śmierć Anastazji - było to jej pierwsze spotkanie z NIEDOTYKALNYM, z tym, co można obserwować, ale czego nie zrozumie się i nie pozna naprawdę, dopóki nie przyjdzie kolej na ciebie. Wiedziała jednak, że Annie musi być ciężej, bo to ona była najbardziej zaprzyjaźniona z Anastazją. Znała Annę od zawsze i gdzieś w głębi bała się jej reakcji. Anna nigdy nie płakała. Kiedy było jej źle, stawała się nagle groźna. Raniła słowami na oślep, ani dbając, w kogo trafiają.
- Jak schodziłem to widziałem, że drzwi do Kalemiaszów były uchylone, więc chyba wtedy była w środku - powiedział Janek.
Była w środku... Dagmara poczuła niepokój. A co, jeśli Anna została w mieszkaniu?
- Zaraz wrócę! - mruknęła i wybiegła z boksu, zanim ktoś zdążył ją zatrzymać.

Wbiegła na czwarte piętro bez jednej przerwy - dowód na całkiem niezłą kondycję. Drzwi do mieszkania Kalemiaszów rzeczywiście były uchylone, więc weszła bez zastanowienia i od razu skierowała się do pokoju przyjaciółki. Tam zatrzymała się, wstrząśnięta. Szyby w oknach były popękane, w powietrzu unosił się kurz z poodbijanego tynku. Anna zdawała się tego nie widzieć - siedziała po turecku na łóżku i rysowała. Ze skaleczonego policzka kapała krew.
- Anna! Co ty robisz? - krzyknęła Dagmara.
- Zaraz, tylko skończę... - mruknęła nieuważnie dziewczyna. Przez ostatni tydzień w ten właśnie sposób zbywała matkę. Jednak Dagmara nie była wiecznie zapracowaną dziennikarką. Przyskoczyła i wyrwała przyjaciółce blok komputerowy z rąk. Aż cofnęła się, przestraszona jej reakcją. Anna zerwała się z łóżka z furią.
- Oddawaj to, w tej chwili! Wynoś się stąd!!! - wrzasnęła. Ale Dagmara raz już dała się zastraszyć i nie zamierzała na to znowu pozwolić. Odłożyła blok na biurko, kątem oka zauważywszy, że przedstawia szkic twarzy Anastazji i chwyciła Annę za nadgarstki.
- Przestań się wydurniać. Zachowujesz się jak dzieciak! - krzyknęła.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz!
- A ty nie wiesz, co ze sobą zrobić i obnosisz się ze swoją wielką boleścią! - Zdenerwowała się Dagmara. - Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć, o tym, ile ona dla nas znaczyła. Obie dałyśmy plamę, ale to nie powód, żebyś się tak popisywała!
Anna wyszarpnęła rękę i z całej siły uderzyła przyjaciółkę w policzek.
- Nie masz prawa tak mówić! - Uderzyła po raz drugi. W tej chwili cały budynek zatrząsł się w posadach, przez wybite szyby sypnęło drobnym gruzem. Zdesperowana Dagmara jeszcze raz chwyciła Annę i pomimo jej protestów siłą zaciągnęła do bezpieczniejszych piwnic.


Dwunastoletnia dziewczynka z długim, szaroblond warkoczem stała oparta o ścianę korytarza i obserwowała bawiących się wkoło uczniów. Wyglądała na zagubioną i jeden z uczniów jej nowej klasy, niejaki Filip Mrozowski, postanowił pomóc jej "wejść w towarzystwo".
- Hej, jestem Filip. Ty jesteś ta nowa Anastazja, co? Znam tu wszystkich, jak chcesz, to cię zapoznam. - Wyciągnął rękę z zachęcającym uśmiechem. Ale dziewczynka nie odwzajemniła gestu.
- Nie potrzebuję twojej pomocy - oświadczyła, po czym wyminęła go i poszła w stronę klasy, dumnie unosząc głowę.
- Nie, to nie! - krzyknął za nią, urażony. - Jeszcze pożałujesz, ty... Odprysku lodowca!
Filip był klasowym rozrabiaką, często dokuczał dziewczynkom i nie uczył się najlepiej, więc początkowo klasa piąta "b", najlepsza w szkole, doszła do wniosku, że to pewnie on zaczął. Postanowiono wziąć nową koleżankę pod opiekuńcze skrzydła, Anastazja jednak uparcie się przed tym broniła, ciągle na uboczu, nie pozwalając się wciągnąć w żadne zabawy. Zaczęto ją w końcu nazywać "Księżniczką" i pozostawiono samą sobie. Klasa piąta "b", najlepsza w szkole, była gotowa przyjąć nowych członków ciepło, jednak nie zamierzała prosić nikogo o łaskę, a swoją niechęć potrafiła okazywać w bolesny sposób. Nawet prośby pani Oli nie mogły tu niczego zmienić, zwłaszcza, że była nową wychowawczynią i klasa jeszcze nie do końca się do niej przyzwyczaiła. Wyglądało na to, że Anastazja pozostanie klasowym wyrzutkiem. Jednak pewnego dnia coś się zmieniło.
Po dwutygodniowej nieobecności, spowodowanej zapaleniem płuc, do szkoły wrócił nierozłączny duet - Anna Kalemiasz i Dagmara Górnicka. Legenda mówiła, że te dwie nawet chorują w tym samym czasie, jak, nie przymierzając, bliźnięta z baśni Braci Grimm. Prawda była taka, że najczęściej chorowały w rezultacie wspólnych wygłupów. Anna była przewodniczącą klasy i nie mogła pozwolić, żeby w czysty dźwięk tego strojonego przez nią instrumentu wkradł się fałszywy ton. Początkowo szło jej równie opornie jak i reszcie klasy, ale przewodnicząca nie należała do osób, które można łatwo obrazić. Tak długo zapraszała... namawiała... zmuszała? nową uczennicę do towarzyszenia sobie, że w końcu nieśmiała dziewczynka przyzwyczaiła się do jej stanowczej obecności. Od przyzwyczajenia do przyjaźni był już tylko jeden, malutki kroczek - i Anastazja wykonała go samodzielnie, ku niezmiernej radości panny Kalemiasz. Już nie trzeba było siłą wciągać jej w swoje sprawy - z nadzieją w oczach czekała na zaproszenie. Początkowo panicznie bała się Dagmary, na jej widok milkła i uciekała wzrokiem. Wydawało jej się, że coś odbiera, kradnie tej energicznej okularnicy o twarzy dzikiej kotki - jednocześnie zabawnej i niebezpiecznej. Te dwie były podobno nierozłącznym duetem, a teraz Anna zdawała się całą uwagę poświęcać nowej przyjaciółce. Jednocześnie ta ich przyjaźń była powodem utajonej zazdrości samotnej dziewczynki. Nie chciała przeszkadzać Dagmarze, ale serdecznie pragnęła posiadać to samo, co ona. Spojrzenia, rzucane zza prostokątnych okularów, wydawały się wrogie. I trwała tak, rozdarta, dopóki kiedyś nie zachorowała. Było to zwykłe przeziębienie, nic groźnego, ale to Dagmara pierwsza do niej zadzwoniła i to ona przyszła z lekcjami.

-Cześć.
- Cześć... E... Wejdź, proszę. - Anastazja nigdy nie umiała przyjmować gości. Była wdzięczna, gdy to Dagmara przejęła inicjatywę.
- Jaki masz piękny pokój - krzyknęła ze szczerym zachwytem. - Wszystko uporządkowane, nie to, co u mnie! Ja nie lubię sprzątać, moja mama mówi, że jestem straszną bałaganiarą, ale przy Annie to i mój pokoik jest całkiem czysty! I jaki ładny masz kolor na ścianach! W ogóle, ten dom jest śliczny.
- Ja wiem... Blok jak blok.
Dagmara błysnęła wesoło oczami znad wąskich prostokącików okularów.
- Tak myślisz? Pomieszkałabyś trochę na osiedlu "Westchnienie PRL-u"! To chyba najbrzydsze osiedle w mieście. Mam nadzieję, że pozwolisz mi jeszcze kiedyś przyjść... Jestem dzieckiem spragnionym piękna w architekturze, wiesz? Nasza nowa pani tak powiedziała, jak zobaczyła mój rysunek. Pamiętasz, ten o marzeniach. Namalowałam blok w kształcie pałacu, z różami pnącymi się po ścianach. Na naszym budynku nic by nie wyrosło... Przyniosłam ci lekcje, pokaż laptop, to ci zaraz wgram. Już umiem sama, wiesz? Wcześniej zawsze pomagała mi mama. Swoją drogą, ty to masz cierpliwość! Z Anną czasem trudno wytrzymać, ale ja ją i tak bardzo lubię, tak jak ciebie. Tylko ty jesteś za bardzo nieśmiała, nie powinnaś pozwalać, żeby tylko ona decydowała, kiedy robicie coś razem. Ona jest przewodniczącą klasy i ma mnóstwo spraw na głowie, więc my, jej przyjaciółki, powinnyśmy trzymać się razem i pilnować, żeby w natłoku wydarzeń nie zapomniała o nas! Zdrowiej szybko, Anastazjo Wójcik, bo bez ciebie jest nam strasznie nudno. Wnosisz powiew świeżości w to stare małżeństwo - oświadczyła Dagmara i wybuchnęła śmiechem, słysząc, jak poważnie i uroczyście zabrzmiały jej słowa.


Anna potrząsnęła głową. Próbowała poukładać sobie to wszystko, poradzić sobie jakoś z tym, co się wydarzyło, czego przecież - zrozumieć się nie dało. Nie tylko Anastazja zginęła pod gruzami - wszyscy inni z klasy ósmej "b", najlepszej w szkole, podzielili jej los. Chyba właśnie dlatego było to takie nierealne: puste słowa bez znaczenia. Początkowo wiedziała tylko o Anastazji, jej śmierć ciężko odreagowała - co rusz jakby zapominała o tym, chciała do niej zadzwonić albo pójść i na nowo odkrywała, że już nie może. Jednak kiedy usłyszała, że z całej klasy zostały tylko one dwie i Piotrek Górczak, czyli ci, którzy byli nieobecni, wszystko stało się snem, nierzeczywistym labiryntem, niczym z opowiadań Schulza. Wiedziała, że to prawda - ale gdyby zobaczyła na ulicy takiego Filipa, wcale by się nie zdziwiła. Paradoksalnie, odczuła pewną ulgę - jakby w ten sposób i śmierć Anastazji przestała być czymś prawdziwym. Stało się to tak nagle, że przez chwilę siedziała bez ruchu, zaskoczona. Wtem wstała, zdecydowanie sięgnęła po blok komputerowy z portretami Anastazji i wyrzuciła go przez okno. Nie patrzyła, jak spada, nie chciała widzieć jego rozbicia, ale ten szalony wyczyn pomógł jej odzyskać część równowagi, część dawnej siebie. "Mam to już za sobą", pomyślała.

Paweł Taborycki pożegnał się właśnie ze swoim przyjacielem, a teraz stał pod jego blokiem i zastanawiał się, którędy najszybciej wrócić do uniwersyteckiego akademika. Wtem, tknięty jakimś przeczuciem (jego intuicja była powszechnie znana, a złośliwi twierdzili, że wprost kobieca) spojrzał w górę. W ostatniej chwili cofnął się przed spadającym przedmiotem, odruchowo wystawiając przed siebie ręce. Ze zdumieniem odkrył, że wylądował w nich blok komputerowy.
- Jak na podarunek od Niebios, to całkiem niezły! - zaśmiał się. - Musiał komuś wypaść, bo wątpię, żeby mieszkała tu jakaś zraniona przeze mnie piękność.
Było to faktycznie wątpliwe, bo młody człowiek nie miał jeszcze okazji skrzywdzić żadnej piękności - chyba, że ktoś chciałby brać pod uwagę targane za włosy koleżanki z podwórka. Zawyły syreny alarmowe, więc energicznym krokiem skierował się w stronę uniwersytetu, postanawiając, że właściciela sprzętu poszuka następnego dnia.

Pani Ola Nowak obudziła się w szpitalnym pokoju, czując, że coś dziwnego dzieje się z jej prawą ręką. Spojrzała i zamiast kończyny zobaczyła gruby, biały wał, co zdziwiło ją niezmiernie - do odurzonego jeszcze środkami uspokajającymi mózgu z pewnym opóźnieniem dotarła świadomość, że ma założony gips.
Drzwi pomieszczenia, w którym przebywała, otworzyły się i weszła wysoka, ubrana na biało dziewczyna.
- Och, nareszcie się pani obudziła! - ucieszyła się. - Jak się pani czuje?
- Chyba dobrze... Co z dziećmi? - spytała nagle niespokojnie. - Moja klasa...
- Niech się pani nie martwi, na pewno wszystko z nimi w porządku. Nie mam dokładnych informacji, ale doktor Drogowski będzie mógł prędzej czy później odpowiedzieć na wszystkie pytania - uśmiechnęła się kobieta. Pani Ola westchnęła z ulgą, połknęła posłusznie przyniesione lekarstwa i znów pogrążyła się we śnie, nieświadoma pełnego litości spojrzenia asystentki.
Róża stała w drzwiach, przyglądając się ponuro spokojnej twarzy śpiącej. W tej pozycji zastał ją chwilę później doktor Drogowski.
- Cóż też porabiasz, moja piękna? Nie chciałbym być natarczywy, ale pacjent spod siódemki jest taki. Twierdzi, że od piętnastu minut czeka, aż przyjdziesz i zmienisz mu opatrunek. Dodam, że moją pomoc odrzucił, twierdząc - nie rozmumiem doprawdy, dlaczego! - iż mam łapy niedźwiedzia... - westchnął, patrząc na swoje olbrzymie dłonie. - Czymś się martwisz? Bo jeśli nie, to proszę śmiać się z moich dowcipów, nawet jeśli uważasz, że nie są zabawne.
Róża spojrzała w dobre, kasztanowe oczka doktora, wpatrzone w nią z troską - ten człowiek zawsze odgadywał nastroje swoich współpracowników.
- Czy to ma sens? - spytała prawie gniewnie - Czy to ma sens, ukrywanie prawdy o czyjejś śmierci?
- Domyślam się, że nasza piękność się obudziła i nie powiedziałaś jej, że z jej klasy przeżyło tylko troje dzieci?
- Tak.
- To ma sens, Różo. W szpitalu znajdują się ludzie osłabieni fizycznie, ich ciała mogłyby nie wytrzymać wstrząsu. Więc chronimy ich, dopóki nie nabiorą sił, a potem powoli przygotowujemy...
- ...Wstrzykując małe ilości trucizny, żeby przyzwyczajali się do niepokoju - skończyła gorzko Róża.
- Przecież wiesz, że mogłaś zaryzykować i powiedzieć jej już wtedy, kiedy zapytała. Ale tego nie zrobiłaś.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo... Bo nie mogło mi to przejść przez usta - wyszeptała dziewczyna.
- Miejmy nadzieję, że ta wojna skończy się, zanim przyzwyczaisz się do mówienia ludziom takich rzeczy - westchnął doktor. - Uwierz mi, jeżeli potrzymasz kogoś w niepewności, w końcu zacznie podejrzewać najgorsze i tak się tym męczyć, że pewność, choćby potwierdzenie lęku, przyjmie z ulgą. Właśnie - przypomniał sobie - pacjent spod siódemki domaga się, żebyś go pomolestowała troszkę. Jedno tylko pytanie jeszcze - co jej powiedziałaś?
- Powiedziałam, żeby zapytała doktora Drogowskiego - poinformowała Róża i uśmiechnęła się na widok zaskoczonej i czerwieniejącej już z gniewu twarzy chirurga, po czym szybko uciekła do dalszej pracy.

Komentuj(7)


godz: 17:52 data: 2008.10.7
Rozdział 4.

W radiu rozległ się sygnał wiadomości i Anna nastawiła głośniej, żeby słyszeć, czy będzie mówiła mama. Dziś znów było bombardowanie, Stacja Zachód powinna o tym informować.
- Witam, z Zachodniego Miasta kłania się państwu Violetta Kalemiasz. - Anna zdziwiła się, bo głos mamie drżał, a tej doświadczonej dziennikarce nigdy się to nie zdarzało.
- Powtarzające się ostatnio ostrzały Zachodniego Miasta przynoszą coraz więcej ofiar. Dziś przed południem pocisk trafił w jedną ze szkół. Budynek zawalił się, grzebiąc przebywających w piwnicach uczniów i nauczycieli. Akcja ratownicza wciąż trwa...
Anna nie słuchała dalej. Wiedziała, że dziś bomby spadały w okolicach dzielnicy "Nad Kwisą", gdzie mieściła się ich szkoła. Chwyciła komórkę i pośpiesznie wybrała numer Anastazji. Telefon nie odpowiadał...
"To nic nie znaczy. Może po prostu nie może dostać się do aparatu, zgubiła go gdzieś, albo upadła na niego i się zniszczył. Na pewno nic jej nie jest, na pewno!" - przekonywała samą siebie, jednocześnie narzucając kurtkę i wybiegając z domu.

Dagmara usłyszała o zbombardowaniu szkoły dopiero po południu, kiedy do domu wrócił zdenerwowany Janek i opowiedział jej o wszystkim. Natychmiast pobiegła na miejsce zdarzenia. Już z daleka widziała pustkę tam, gdzie zwykle górował budynek podstawówki. W tłumie ludzi wypatrzyła Annę i skierowała się w jej stronę.
- Co z Anastazją? Wszystko w porządku? - zawołała niecierpliwie. Przyjaciółka odwróciła się i Dagmara odruchowo zrobiła krok w tył, widząc jej twarz. To była kredowobiała, zastygła w straszliwym grymasie maska.
- Odejdź stąd. - Głos dziewczyny drżał. - Odejdź. Nie chcę cię widzieć. Nie chcę nikogo widzieć!
- Jak to... Anno! - krzyknęła Dagmara, ale tamta już ją wyminęła i pobiegła w stronę "Westchnienia PRL-u".

Lena z całych sił przylgnęła do Janka.
- Powiedz mi, dlaczego akurat on...? Mój Krzyś... Dlaczego tyle dzieci z jego klasy przeżyło, a on nie? I dlaczego w ogóle wysłali pocisk w szkołę?! Jakim to zagrożeniem był dla nich dziesięcioletni chłopczyk? A może to była tylko pomyłka...? Nie wierzę w to! Słyszysz? Nie wierzę w to, że coś ich usprawiedliwia! Nie chcę, żeby mówili, że straciłam brata, bo ktoś się pomylił!!! - dziewczyna wybuchnęła histerycznym śmiechem, który następnie przeszedł w rozpaczliwy płacz.
- Powiedz mi... gdzie był Bóg... Kiedy ta szkoła się waliła? - załkała. Janek objął ją i bez słowa głaskał po jasnozłotych włosach. Znał Krzysia - dziesięcioletniego malca z szerokim, szczerbatym uśmiechem i błękitnymi, radosnymi oczyma, chłopca pełnego życia. Nie chciał szukać odpowiedzi na pytanie, czemu Bóg pozwolił, by to życie zostało Krzysiowi odebrane.

Doktor Kamil Drogowski miał czterdzieści dwa lata i niejedno już widział. W końcu od dwunastu lat pracował jako chirurg, a to kawał życia, człowiek do niejednego zdąrzy się przyzwyczaić. Mimo tego dzisiejszy dzień wstrząsnął nim do głębi. Miał już serdecznie dość widoku dzieciaków z pomiażdżonymi kośćmi.
- Boże, Boże... Co tym głupkom strzeliło do pustych głów? - mruknął do siebie.
- Doktorze? Tej nauczycielce z pokoju dwieście trzy się pogorszyło, ciągle krzyczy. - W komunikatorze rozległ się energiczny głos Róży Majchrzak.
- Idę - odpowiedział i westchnął ciężko. Tacy pacjenci dzisiaj go denerwowali. Młoda nauczycielka miała jedynie pęknięty nadgarstek, ale była w głębokim szoku. Teraz, kiedy szpital ma tyle roboty z rannymi, ona pozwala sobie na szok! Taka ładna, młoda kobieta...
- Zupełnie, jakby to miało jakieś znaczenie - zganił sam siebie. Doktor Kamil Drogowski lubił ładne kobiety i nie mógł nic poradzić na to, że oczekiwał od nich, by stawały na wysokości zadania. Może to dlatego wciąż był kawalerem? Na przykład ta nauczycielka. Wyobrażał sobie, że powinna do samego końca zostać z dziećmi, dodawać im odwagi... a nie uciekać i chować się w najdalszych korytarzach.
- I cóż słychać u naszej zszokowanej piękności, ma nadobna Różo? - spytał raźnym tonem, jaki przywykł stosować wobec pacjentów. Już dawno zauważył, że ma to na nich zbawienny zgoła wpływ, a w każdym razie poprawia znacznie humor. Niejednemu pomógł już w ten sposób dojść do siebie i godnie stanąć, na przykład, wobec konsekwencji wypadku.
Róża uśmiechnęła się dzielnie i spokojnym głosem poinformowała o wykonanych czynnościach. Nauczycielce należało podać mocniejszy środek uspokajający, do którego ona nie miała dostępu i tylko dlatego wezwała doktora.
Słuchał tego, co mówiła, jednocześnie przyglądając się asystentce. Wysoka na metr osiemdziesiąt pięć, nie była specjalnie ładna. Blond włosy wiązała w ciasny kuc z tyłu głowy, kształt twarzy był dosyć pospolity, a niepotrzebnie pomalowane na czarno rzęsy raczej odbierały urodę szmaragdowozielonym oczom. Ale pracowali razem już prawie dwa lata i doktor miał pewność, że ta dwudziestopięcioletnia dziewczyna nigdy go nie zawiedzie, wykonując wszystko najlepiej, jak potrafi. Taka już była i dlatego bardzo ją cenił.

Wzdłuż nadbałtyckiej plaży szło dwoje ludzi. Stanowili dość dziwną parę: wysoki, czarnowłosy mężczyzna w czarnym płaszczu i takichże okularach prowadził za rączkę dziewczynkę, wyglądającą na pięć czy sześć lat. Dziecko miało opaloną na brązowo buzię, okoloną puszystymi, białozłotymi loczkami i duże, zielone oczy, ocienione jesnymi, długimi rzęsami. Ubrana była w lekką, błękitną sukienkę i trochę przybrudzony, biały sweterek, a na nogach miała brązowe sandałki.
Mężczyzna nie szedł bardzo szybko, ale jego towarzyszka miała krótkie nóżki i prawie cały czas musiała biec.
- Ani, daleko jeszcze?... - wysapała rozpaczliwie. Zagadnięty spojrzał na nią, jakby budząc się z zamyślenia.
- Nie, nie daleko - odpowiedział machinalnie, biorąc małą na ręce. - Widzisz ten półwysep? Za nim jest wioskaa. Tam zanocujemy.
- To jeszcze strasznie dużo do przejścia!
- Tak ci się tylko wydaje... - mruknął, po czym wrócił do swoich myśli. Dziewczynka, znać przyzwyczajona do milczenia towarzysza, zaczęła coś sobie sama opowiadać.

Anna pochyliła się nad rysunkiem i ostrożnie poprawiła linię ust. Oto powstał kolejny portret Anastazji, tym razem delikatnie uśmiechniętej. Sama już nie wiedziała, ile ich narysowała - niezliczone ujęcia twarzy przyjaciółki patrzyły na nią z niemym wyrzutem. "Zostawiałaś mnie. Nie chciało ci się! Po prostu nie chciało..." - Zdawały się mówić. Anna zamrugała gwałtownie, odpędzając napływające łzy. Wciąż miała pod powiekami obraz Anastazji tego dnia, kiedy widziała ją po raz ostatni.
"- Anno?...
- Tak? - Wrócisz jutro do szkoły?
- Pojutrze. Jeszcze mam trochę gorączki.
- Akurat. Nie chce ci się, prawda?
- Co ja poradzę, że mi w domu dobrze? Poza tym, należy mi się trochę wolnego!
- A ja? Nie chcę być sama. Strasznie mi ciebie brakuje..."
Chociaż logika mówiła co innego, Anna podświadomie była przekonana, że gdyby poszła wtedy do szkoły, TO by się nie zdarzyło. Może... Może zresztą chodziło o to, że nieśmiała, delikatna Anastazja nie byłaby w tej potwornej chwili sama.
Dziewczyna bezmyślnie zpisała skończony portret i wybrała opcję "nowa kartka". Gdzieś w mieście zaczęły wyć syreny alarmowe, zagrzechotały działa, ale ona nie zwracała na to uwagi. Automatycznie zaczęła tworzyć kolejny rysunek.

Komentuj(10)


godz: 17:12 data: 2008.09.27
Matura

Eblog nareszcie działa, a ja co? A ja się obijam... Upraszam o wyrozumiałość, bo czeka mnie matura i w tym roku nie będę miała zbyt dużo czasu... Przynajmniej do maja. Jak się uda, to będę coś dodawała, ale raczej nie za często...

Komentuj(1)


godz: 18:34 data: 2008.09.11
Rozdział 3.

Wojtek Mazurek rozmarzył się, wpatrzony w gruby, szaroblond warkocz siedzącej przed nim dziewczyny. Anastazja Wójcik...Zamyślone, ciemnoszare oczy, poważne usta i dumne, wysokie czoło. Wyniosłość królewskiej córki w każdym ruchu i spojrzeniu. Zawsze trzyma się z energiczną, szaloną Anną, której lepiej nie wchodzić w drogę i wesołą, skorą do pomocy Dagmarą. To jej jedyne przyjaciółki, inne osoby z klasy trzyma na dystans, ale nawet tu sprawia wrażenie, jakby nie bardzo do nich pasowała. Stoi zazwyczaj pół kroku za nimi, spokojnie przyglądając się wszystkiemu, co tamte robią. Zawsze czeka, aż one ją zaproszą do udziału. A one zawsze ją zapraszają.
- Wojtek, wróć do nas!
Drgnął, wytrącony z rozmyślań przez wesoły głos nauczycielki. Pani Ola miała duże, zielone oczy, krótkie, brązowe włosy i zadarty nosek. Była bardzo miła i wyrozumiała, a przy tym bezbronna jak dziecko. Klasa ósma "b" była gotowa zrobić dla swojej wychowawczyni wszystko i nikomu nie pozwalała jej bezkarnie dokuczać. Zgrali się z nią błyskawicznie, pomimo, że przyszła do nich dopiero w piątej klasie.
Wojtek wstał, cały czerwony i spuścił wzrok. Anastazja rzuciła mu krytyczne spojrzenie, a on odczuł to jak uderzenie w policzek.
- No, co? Zamyśliłem się. Nie patrz tak na mnie! - syknął obronnie, zanim się zastanowił, po czym powiedział głośno:
- Przepraszam bardzo, proszę pani.
- Nie szkodzi, Wojtuś. Jeżeli powiesz mi, jak się nazywa stolica Islandii, to obejdzie się bez żadnych konsekwencji. - pani Ola dobrze wiedziała, że Wojtek lubi jej przedmiot, a krajami skandynawskimi interesuje się także prywatnie i nie zawiodła się - chłopak odpowiedział bez chwili namysłu. Po czym usiadł i tym razem naprawdę skupił się na jej słowach.

-Anno? Przyniosłam wam lekcje...
- Dzięki. Wchodź, szybko! Zaraz wyślę sygnał Dagmarze.
Anastazja weszła nieśmiało do pokoju przyjaciółki. Zawsze u kogoś w mieszkaniu czuła się jeszcze bardziej niepewnie niż normalnie, chociaż podłużny, przypominający nieco wagon kolejowy, pokój Anny przywodził na myśl raczej przytulną graciarnię. Jego właścicielka sprzątała w nim wyłącznie w dwóch wypadkach: kiedy sama nie mogła już wytrzymać, albo kiedy jej mama, znana dziennikarka, dostawała wolne i miała czas, żeby zajrzeć do pokoju córki i osobiście dopilnować porządku. Dagmara zajmowała identyczny pokój, z tą tylko różnicą, że piętro wyżej i po przeciwnej stronie budynku, z oknami na północny wschód. U niej było znacznie porządniej, choć wciąż daleko do pedantycznego porządku u Anastazji w domu.
- Laptop jest włączony, możesz obejrzeć mangę.
- Poczekam, aż przyjdzie Dagmara. Anno?...
- Tak?
- Wrócisz jutro do szkoły?
- Pojutrze. Jeszcze mam trochę gorączki.
- Akurat. Nie chce ci się, prawda?
Anna skrzywiła się i niechętnie potwierdziła.
- Co ja poradzę, że mi w domu dobrze? Poza tym, należy mi się trochę wolnego!
- A ja? Nie chcę być sama. Strasznie mi ciebie brakuje.
- Specjalnie z tego względu wracam nieodwołalnie w czwartek. Gdyby nie ty, przeciągnęłabym do końca tygodnia. Jak już jesteśmy przy szkole, Filip oddał ci długopis?
- Tak, znalazłam go dzisiaj po drugiej lekcji w piórniku. Dzwoniłaś do niego?...
- Pewnie! Nikomu nie pozwolę zabrać ci bezkarnie choćby naklejki na laptop. Nie mówiąc już o moim długopisie!
Anastazja uśmiechnęła się lekko.
- Przebaczę ci, że wracasz dopiero w czwartek. Zresztą i tak cię jutro odwiedzę.
W tej chwili weszła Dagmara, z zaczerwienionym nosem i licznymi dowodami, że na pewno nie będzie jej jutro w szkole. Zaraz zrobiło się wesoło, zaczęła się krzątanina z wymianą danych między laptopami a CS-em, czyli minaturowym nośnikiem danych o dużej pojemności, należącym do Anastazji. Następnie Anna zajęła się lekcjami, a one oglądały mangę i mała brakowało, a blok komputerowy wylądawałby na głowie Dagmary, która ośmieliła się niedocenić jeden z kadrów. Panna Kalemiasz nie była pozbawiona samokrytyki, co jednak nie oznaczało, że kto inny może wyrażać się nieprzychylnie o jej dziełach.
Właśnie skończyły ognistą wymianę zdań w kwestii wątku romantycznego w historii, gdy temat ten przypomniał o czymś Anastazji.
- Wiecie... Wojtek do mnie wczoraj dzwonił - powiedziała cicho. zareagowały właśnie tak, jak się spodziewała, to znaczy ucichły i spojrzały na nią, uśmiechnięte.
- I co? - spytała Anna.
- Chciał iść ze mną do kina. Ale ja... przestraszyłam się i mu odmówiłam. I chyba go przy tym obraziłam. Nie chciałam... - skończyła szeptem, nie patrząc na nie.
- Chciałabyś go przeprosić? - zgadła Anna. - Jak cię znam, to pewnie chętnie byś z nim poszła, prawda?
- Yhm. On... Często dzwoni. Boję się... Iść sama.
- Niech Anna z wami idzie! - zaproponowała radośnie Dagmara.
- Przepraszam, mam robić za przyzwoitkę?! Wiesz, jak Wojtek będzie się czuł?!
- Na pewno lepiej, niż sam. Nie jest głupi. A wiesz? Braciszek Leny jest w jednej klasie z jego siostrą i mówi, że ona co rusz chodzi do kina, w dodatku na całkiem poważne filmy, rozumiesz.
Anna natychmiast zrozumiała, bo sama kiedyś szła z jednym z młodszych braci do kina tylko po to, żeby nie być sama i żeby nie zmarnować kupionych biletów.
- Niech ci będzie. Anastazja, chcesz tak? Łatwiej ci będzie. Możemy do niego zadzwonić i się umówić.
- Ale ty będziesz rozmawiać, dobrze?
- Dobrze. To siądź bliżej, będziesz mi szeptała, co mam mówić. Nastawię na głośniej, żebyśmy wszystkie go słyszały. - Anna już wybierała numer. Chłopak chyba siedział na telefonie, bo natychmiast odebrał.
- Wojtek? Dzwonimy z Anastazją, bo ona chciała ci powiedzieć, że...
- ...że bardzo go przepraszam za wczoraj....
- ...i, jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałaby się z tobą wybrać w czwartek do kina. Z tymże ja i Dagmara będziemy tym razem z wami.
Wojtek błyskawicznie zrobił w myślach bilans zysków i strat, który wyszedł mu zdecydowanie na wielki plus.
- Jasne! Kobieto, jesteś moją jedyną nadzieją! Czy jest coś, czego nie potrafisz załatwić?
- Nie ma - stwierdziła Anna z głębokim przekonaniem. - Ale nie podniecaj się tak, bo wszystko zależy od tego, czy Anastazji się spodobasz. Do czwartku daj jej spokój, jasne?
- Co chcesz, szefowo! Dla ciebie wszystko! - stwierdził entuzjastycznie Wojtek, dla którego, wobec nowej nadziei, jeden dzień czekania wydawał się nic nieznaczącym szczegółem. - Powiedz Anastazji, że jest cudowna!
- Powiedz Wojtkowi, że bardzo go lubię - zaszeptała Anastazja. Anna przekazała oba komunikaty i rozłączyła się z pełnym zadowolenia uśmiechem.

Anastazja ostrożnie, spod przymrużonych powiek, przyglądała się Wojtkowi. Raz złapał jej spojrzenie i usmiechnął się. Odpowiedziała przymknięciem oczu, a on rozpromienił się, ale pamiętał o danej Annie obietnicy. Nie zbliżał się do niej i była mu za to wdzięczna. Obawiała się, że sama mogłaby coś popsuć.
Zawyły przeraźliwie syreny alarmowe, zwiastując bombardowanie. Pociski zaczęły padać niebezpiecznie blisko budynku, dzieci, zaniepokojone, nerwowo wyglądały przez okna. Nauczyciel historii porozumiał się przez łącznik szkolny z dyrektorem.
- Co robić?! - krzyknął, bo hałas na zewnątrz uniemożliwiał normalną rozmowę - Walą strasznie blisko, chyba lepiej nie ryzykować... Nie możemy ich puścić do domów, jeżeli któreś zginie, to będzie nasza wina. Nie wiadomo, co zrobią maluchy. Dobrze, tak jest. To chyba najlepsze rozwiązanie.
Historyk był człowiekiem energicznym i trochę surowym, a na jego lekcjach zawsze panował wzorowy porządek, toteż bez trudu poradził sobie z ustawieniem dwudziestu czterech osób w pary, opanowaniem paniki i zaprowadzeniem wszystkich do położonych w podziemiach szatni. Następnie pobiegł na górę, pomóc innym nauczycielom i dopilnować ewakuacji.
Anastazja skuliła się pod ścianą, oplotła kolana ramionami. Źle się tu czuła, niepewnie. Nigdy nie lubiła tych podziemi, a jeszcze teraz... Usłyszała gdzieś blisko głos wychowawczyni, więc podniosła głowę i zobaczyła, że pani Ola stoi tuż obok.
- Wszystko w porządku? - spytała niespokojnie. - Jesteście tu wszyscy?
- Tak, pani Olu, wszyscy meldują się cali i zdrowi! - zaraportował wesoło Karol. - Może się pani nie bać, nie jesteśmy tacy głupi, żeby latać, patrzeć jak bomby spadają!
- Nie bomby, tylko pociski, matole! - oburzył się Andrzej i rozmowa zeszła na tematy militarne. Chłopcy zapalili się i przestali zwracać uwagę na odgłosy z góry, pochłonięci dyskusją, nawet niektóre dziewczyny wtrącały coś od siebie. Pani Ola przez chwilę przyglądała im się z uśmiechem, ale zaraz zawołał ją historyk, prosząc, żeby poszła w nieco dalszą część podziemi, gdzie mieścił się magazynek. Potrzebny mu był plaster dla jakiegoś malucha, który rymsnął na schodach i rozciął sobie rękę o rzucone przez kogoś głupio ostrze od temperówki.
Przeraźliwy huk i wstrząs sprawiły, że Anastazja po raz pierwszy w życiu całkowicie straciła panowanie nad sobą. Pisnęła cicho i z zamkniętymi oczyma wtuliła się w siedzącego obok chłopaka. Gdy już ochłonęła z przerażenia, cofnęła się zawstydzona i spojrzała niepewnie na przypadkowego pocieszyciela. To był Filip, ten sam, który kiedyś zabrał jej długopis od Anny, który naigrawał się z niej setki razy. Spłonęła ciemnym rumieńcem i drżącym głosem wyszeptała jakieś nieskładne przeprosiny, zapominając całkiem o narzuconej sobie dumie.

Filip spojrzał na zmieszaną dziewczynę i nagle zalała go fala czułości. Ktoś tam mówił, że chyba poszło w salę gimnastyczną, jakieś maluchy darły się, przerażone, ale do chłopaka to nie docierało. Wiedział tylko, że coś się w nim zmieniło, że wypełnia go siła, jakiej nigdy nawet w sobie nie podejrzewał.
-Nie szkodzi - powiedział, bo ona wciąż go przepraszała. - Nie martw się, już nigdy nie będę ci dokuczał. Od dziś będę cię bronił. Zawsze. Obiecuję.

W TEJ CHWILI NIEBO RUNĘŁO.

Komentuj(4)



Lay by Undomiel from Szablony Undomiel
Picture by Linda Bergkvist